Dominiak: Squash to uzależnienie

Wywiad z szóstym zawodnikiem na liście startowej kategorii Open.

Kamil Dominiak mówi o dzieleniu czasu między trenowanie innych i samego siebie, a także o momentach zawodniczego zwątpienia i narkotycznej sile squasha.

Dominiak, to jeden z tylko kilku w naszym kraju trenerów z certyfikatem Europejskiej Federacji Squasha Level 3. Sporo czasu poświęca na trenowanie innych (teraz w poznańskim MySquashu, wcześniej w warszawskiej Kahunie) na czym cierpią nieco jego własne treningi. Na Mistrzostwach Polski zajmował już wcześniej 5 i 6 miejsca. Jak będzie we Wrocławiu?

- Pamiętasz jeszcze swoje squashowe początki?

W squasha gram mniej więcej od 2000 roku. Jak to często bywa, za pierwszym razem na kort zabrał mnie ktoś znajomy. Zaczynałem w Sinusie w Warszawie: jeden z pierwszych klubów w Polsce i 4 betonowe korty. Dzisiaj kręci się nosem, grając na betonie, ale wtedy to był luksus (jeśli w ogóle udało się zdobyć kort).

- Miałeś może wcześniej do czynienia na poważniej z innymi sportami rakietkowymi?

Poza grą w tenisa stołowego na koloniach, nie. Grałem za to w koszykówkę od 12 roku życia do końca studiów. Przez jakiś czas łączyłem koszykówkę ze squashem, ale później została już tylko jedna dyscyplina.

- Jak procentowo rozkłada się ilość czasu, którą poświęcasz na trenowanie innych i trenowanie siebie?

Z dużą przewagą wygrałoby trenowanie innych. Przy okazji treningów z juniorami, którzy grają już na wysokim poziomie – jak Piotrek Hemmerling czy Adam Pełczyński – staram się też trochę poćwiczyć. Rzadko są to sparingi, raczej treningi ogólnorozwojowe, co utrzymuje mnie w miarę dobrej w formie fizycznej. Swoje granie wplatam raczej w czas, który spędzam w klubie (a jest to co najmniej 5 godzin dziennie). Mając wolną godzinę staram się zagrać z kimś, kto akurat też jest wtedy w MySquashu np. z Domagojem Spoljarem.

- Ale to jeszcze nie ten moment, że zaczynasz widzieć się bardziej w roli trenera niż zawodnika?

Rzeczywiście bardziej skupiam się teraz na prowadzeniu innych. Natomiast taka rzecz jak rywalizacja, jak sam squash zawodniczy, to ciągle gdzieś wraca. We wrześniu, po 2 miesiącach leczenia kontuzji, trudno było mi zacząć i myślałem, że to już koniec mojego grania. Z czasem znowu łapiesz jednak ten „ciąg” i chęci wracają. To jest takie uzależnienie; kiedy znowu zaczyna iść dobrze i czujesz się dobrze fizycznie, wraca adrenalina i nie sposób przestać.

- A z czyjego sukcesu (np. na IMP) cieszyłbyś się bardziej: własnego czy któregoś ze swoich juniorskich podopiecznych, których będziesz wspierał we Wrocławiu?

Cóż, wielu z naszych juniorów ma na pewno większe szanse na wysokie pozycje niż ja. Mam zresztą nadzieję, że ich sukcesy odwrócą uwagę od moich ewentualnych niepowodzeń.. Myślę, że cieszyłbym się niemal jednakowo z obu sukcesów, ale jak mówię, większe szanse są po ich stronie.

- Na jakie pozycje dajesz sobie w takim razie szanse? Jesteś rozstawiony z szóstką czyli teoretycznie ćwierćfinał powinieneś mieć jak w banku.

Ćwierćfinał to plan minimum. Później trzeba iść w górę. Duże znaczenie będzie miała też drabinka, ale tak naprawdę z nikim nie przekreślam swoich szans. Z każdym z wyżej rozstawionych zawodników wygrywałem i to niejednokrotnie. W takim turnieju jak IMP naprawdę wszystko może się zdarzyć. Wiem, że faworytem nie jestem, ale… Zobaczymy.

- Masz już jakieś wspomnienia związane z wrocławskim Rynkiem?

Jeszcze nie. Byłem we Wrocławiu dwa razy na turnieju i może raz przejazdem. Nie znam go więc praktycznie w ogóle, ale teraz spędzimy tam całe 5 dni więc chętnie nadrobię zaległości.

- Czy narodziny dziecka jakoś zmieniły twoje podejście do squasha? Czy łatwo się skupić wiedząc, że twoja córka jest tam gdzieś za szybą?

Podczas meczu nie mam z tym problemu, bo dziecko jest najczęściej w dobrych rękach: z Zuzą. Główna zmiana, to co robisz między meczami: normalnie masz czas, żeby odpocząć, napić się, porozciągać, wyłączyć się od atmosfery turniejowej – w jakiś sposób się zrelaksować, zregenerować… Od kiedy jeździmy na turnieje z Zosią, to takiej możliwości nie ma. Zamiast odpoczywania i rozciągania masz karmienie, noszenie, zmianę pieluchy i tym podobne rzeczy. Na korcie mam więc czas relaksu. Trochę trudniej jest pomiędzy meczami…

- No to twoi przeciwnicy niemający dzieci mają małą przewagę…

Mają też ją ci, którzy mają dzieci, ale np. ich druga połówka nie gra w squasha albo nie gra akurat w tym turnieju. Ale spokojnie, dajemy sobie radę. Nie boimy się i dalej jeździmy na turnieje choć plan był taki, żeby trochę je ograniczyć (póki co nam nie wychodzi). Zosia zresztą nam pomaga, w klubie czuje się dobrze. Oprócz tego, że trzeba się trochę wytężyć, to wszystko jest do zrobienia.

- Z czasem jest coraz łatwiej?

Tak, jesteśmy już wprawieni, za nami 10 wspólnych miesięcy. Z czasem ty się uczysz dziecko się uczy, docierasz się z nim, wiesz czego może chcieć… Chociaż oczywiście z drugiej strony jest też tak, że u dzieci to wszystko się zmienia. Od jakiegoś czasu pojawiają się zęby więc znowu jest mały spadek formy Zosi, ale mam nadzieję, że za tydzień będzie w dobrej formie. Tak, jak i my!

(Rozmawiał Adrian Fulneczek).