Jurkun: Trzy kroki do tyłu, jeden do przodu

Wywiad z dwójką turnieju damskiego.

Anna Jurkun, multimedalistka Mistrzostw Polski przez wiele lat była jedną z dwóch najlepszych zawodniczek w naszym kraju. Z jakimi celami przyjeżdża na IMP i czy zazdrości swoim juniorom? Dowiedzcie się z rozmowy.

W trakcie tej rozmowy Ania była jeszcze przed swoim ćwierćfinałem z Zuzą Sobierajewicz, który wygrała 3:0 i w półfinale spotka się (zgodnie ze swoimi przewidywaniami z wywiadu) z Pauliną Krzywicką. Czemu będzie to dla niej wyjątkowo trudny mecz? Przekonacie się poniżej.

- Masz już dwa złote medale Mistrzostw Polski, trzy srebrne, dwa brązowe… Czujesz w ogóle, że jest jeszcze o co grać?

Mam motywację. Choćby dlatego, że rok temu przegrałam w półfinale z Magdą Kamińską. Chciałabym mieć okazję do rewanżu chociaż najwcześniej możemy spotkać się w finale. Fajnie zresztą byłoby mieć kolejny tytuł. To jedna z najważniejszych imprez w roku i…

- Jedna z najważniejszych, czy najważniejsza? Jak dużo tak naprawdę IMP znaczy dla polskich zawodników?

Akurat ja przez ostatnie 3 lata jeździłam przede wszystkim na turnieje WSA i to na nich się bardziej skupiałam. Zanim pojawiły się Magda, Paulina, Natalia, IMP wyglądały dla mnie i Dominiki Witkowskiej cały czas tak samo: miałyśmy bardzo łatwe drabinki i w finale trafiałyśmy na siebie. Zaczynało mi brakować motywacji. Nie umiałam też odpowiednio nastawić się na kolejny z rzędu finał z Dominiką, koleżanką, z którą przez tyle lat trenowałam. Po tak łatwych meczach we wcześniejszych rundach, trudno było też psychicznie przestawić się na ważniejszy pojedynek. W męskim squashu pojawiały się cały czas nowe twarzy, u nas była ciągle ta sama dwójka.

- Teraz jest trochę lepiej.

Tak, już od jakiegoś czasu. Pojawiła się Magda Kamińska, która w krótkim czasie zrobiła duży postęp. Lubię zresztą spotkania z nią, bo gra bardzo szybkiego i fajnego squasha. Właśnie takie mecze przygotowują na grę w WSA. Tam poziom jest taki prawie zawsze i dlatego trochę odstawiłam krajowe turnieje: ile mogłam grać z tą samą zawodniczką? Chciałam spróbować się z innymi, spoza naszego podwórka. W ostatnim roku niestety musiałam zrobić sobie przerwę i od turniejów krajowych, i od międzynarodowych w związku z problemami zdrowotnymi.

- No właśnie, pojawiłaś się może na dwóch turniejach kat. A. Grałaś w ogóle w ostatnich miesiącach w squasha?

Trenowałam prawie bez przerw z chłopakami w Kahunie – nie jestem w stanie odstawić całkowicie squasha. To jednak nie to samo, co przygotowanie do turniejów. Zawsze tak miałam, że co poważniejszy turniej, poważniejsza impreza, to łapało mnie przeziębienie. Tym razem zmagałam się z dużo poważniejszą chorobą: nawet jeśli później mogłam już wchodzić na kort, to na turnieje nie jeździłam, bo nie dałabym rady psychicznie, byłam załamana. Ale mam nadzieję, że wszystko się ułożyło i dlatego stwierdziłem, że zagram na IMP.

„Nie byłabym w stanie odstawić squasha”?

Owszem. Jedynym momentem, kiedy miałam przerwę była operacja i rekonwalescencja po niej. Ale to już chyba jakieś duże uzależnienie, o czym mówił między innymi Kamil Dominiak w wywiadzie na stronie turniejowej.

- Myślę sobie, może błędnie, że jesteś w komfortowej sytuacji: trenujesz na co dzień z Wojtkiem Nowiszem i Łukaszem Stachowskim. Poziom damskiego squasha zawsze był (w Polsce i na świecie) trochę niższy niż męskiego więc czy granie z chłopakami pomaga ci podnosić własny poziom?

Widzisz, to nie do końca jest takie proste. Jakiś czas temu doszłam do wniosku, że wspólne trenowanie osób, między którymi jest taka różnica w szybkości i sile gry, to tak naprawdę głównie bronienie się – z nimi muszę walczyć o przetrwanie. Może i przyzwyczaja mnie to do szybszej gry, ale ma też dużo minusów: przez to zanika u mnie nawyk ataku, czego później brakuje mi w meczach z (wolniej grającymi) dziewczynami. Trzeba więc dobrze wymieszać swój plan treningowy i grać też z kimś, z kim okazji do ataku jest znacznie więcej.

- We Wrocławiu byłaś przez pierwsze dwa dni głównie w roli trenerki. Twoi juniorzy, dosłownie, spisali się na medal.

Tak, Andrzej Wierzba wygrał swoją kategorię wiekową i jego młodszy brat, Aleksander był trzeci (obaj to synowie “tego” Andrzeja Wierzby, który rządził w polskim squashu 10 lat temu – przyp.AF). Cały turniej juniorski na IMP bardzo mnie ucieszył; to na jak wysokim poziomie stały mecze chłopców, było bardzo budujące. Warto przy okazji zaznaczyć, że ci gracze, np. moi podopieczni, świetnie radzą sobie nie tylko w Polsce, ale też na zagranicznych turniejach. Mają bardzo duże możliwości.

- No właśnie, możliwości… Nie zazdrościsz czasami tej młodszej generacji? Choćby tego jak wcześnie zaczęlii jak daleko będą mogli dzięki temu dojść?

Kiedyś rzeczywiście miałam takie myśli. Ale bycie prekursorem, popełnianie wszystkich tych błędów, które ich ominą, pomogło mi w taki sposób, że teraz lepiej dostrzegam je u innych i jestem dzięki temu lepszym trenerem. Wiem też trochę jak ten system powinien działać; wiele krajów popełnia błąd, sądzać, że powinno się inwestować w squasha dorosłych. To jednak głównie juniorski squash musi się rozwijać. Mi odpowiada rola osoby, dbającej o to, żeby tak było. Oczywiście widzę też, że przede mną jeszcze dużo pracy.

- Musisz sama wychować całe pokolenie. Masz w sobie poczucie misji?

Może nie taka sama, bo chłopaki np. w Poznaniu też dobrze sobie radzą. Ale coś w tym jest. To fajne uczucie kiedy widać efekty takiej pracy. Sukcesy juniorów radują, bo mam pełną świadomość tego, że oni mają większe możliwości niż ja. Moje pokolenie nie miało dostępu do tej wiedzy, popełnialiśmy wiele błędów, myśleliśmy, że robimy coś dobrze, a po dłuższym czasie okazywało się, że się myliliśmy. Dziś frustrują mnie różne, źle wyuczone aspekty mojej gry, ale wiem, że już bardzo trudno będzie je zmienić. Juniorzy mogą dziś od samego początku trenować poprawnie, co zapewnia ciągły rozwój. Mi zdarzało się w karierze, że musiałam zrobić trzy kroki w tył, żeby zrobić jeden krok do przodu.

- Mówisz o swoich niedociągnięciach: a umiałabyś określić swoją (squashowo) najsilniejszą stronę?

Mam niestety takie skrzywienie, że skupiam się ciągle na tym, co mogłabym poprawić. Dopiero niedawno zaczęłam się zastanawiać „a co właściwie jest dobrego w mojej grze?”. Kiedyś byłam na pewno bardzo mocna psychicznie, potrafiłam wytrzymać ogromną presję. Od pewnego czasu to się zmieniło: chyba presja, pod którą zacząłam stawiać sama siebie stała się za duża i się „spalałam”. Wymagam od siebie więcej i właśnie dlatego w tym momencie trudno mi odpowiedzieć na pytanie o mocne strony.

- Czyli ciągle nad sobą pracujesz.

To mnie kręci w squashu, że można poprawiać można się przez całe życie. Może i mam pewien stały poziom gry i go nie przeskoczę jakoś zancznie, ale nadal mam nad czym pracować. Gdybym zaczęła myśleć, że nie muszę już tego robić, nie miałabym po co wchodzić na kort. Mi zawsze prawdziwej przyjemności nie sprawiała sama gra, ale praca nad tym, żeby być lepszym. To pchało mnie do tego, że wchodziłam codziennie na kort i widziałam w tym sens.

– Więc raczej nie masz jeszcze dosyć squasha. A zdarzały się takie momenty, w których miałaś ochotę rzucić ten sport?

Zdarzały się i zdarzają się nadal… po każdym meczu, który przegrywam. Na szczęście szybko mi przechodzi i stwierdzam, że przecież teraz się nie poddam.

- Nie poddasz się na pewno we Wrocławiu. Jeśli dojdziesz do półfinału, to najprawdopodobniej będzie tam na ciebie czekała Paulina Krzywicka.

Żeby było fajniej, od około roku jestem jej trenerką. Nasze relacje na pewno trochę się zmieniło. Aspekt psychologiczny będzie tutaj bardzo ważny. Turniejowo od czasu wspólnego trenowania jeszcze się nie spotkałyśmy; grałyśmy tylko mecz ligowy, w którym wygrałam ale Paulina wtedy nie trenowała w ogóle z powodu matury. Jeśli tutaj dojdzie do takiego meczu, to będzie zupełnie inna sytuacja, pojawi się presja. Pozycja osoby, która broni swojej pozycji jest zawsze trudniejsza niż tej, która kogoś goni.

- Wy w Warszawie jakoś lubicie sami szkolić sobie rywali…

Cóż, jeśli dobrze ją trenowałam, to zagra dobrze. Miała teraz co prawda dużą przerwę więc myślę, że efekty naszej współpracy będzie widać bardziej dopiero w przyszłym roku, kiedy chciałabym pojeździć z nią na turnieje zagraniczne. A teraz? To na pewno będzie trudny psychicznie mecz tak dla mnie, jak i dla niej. Zobaczymy dla kogo okaże się szczęśliwszy.

(Rozmawiał Adrian Fulneczek)