Kamińska: Rozwodu nie planuję

Wywiad z rozstawioną z trójką faworytką wrocławian.

Magdalena Kamińska opowiada nam o złych wspomnieniach, swoim rozstawieniu, problemach zdrowotnych i nadziejach przed Mistrzostwami Polski 2014.

Kamińska, trenerka w klubie Hasta La Vista, w zeszłym roku w Poznaniu przegrała finałową potyczkę o Mistrzostwo Polski z Dominiką Witkowską. Rozgrywany na szklanym, wychłodzonym korcie mecz należał do najmniej atrakcyjnych jaki ta dwójka przeciwko sobie rozegrała. Pogoda była też istotne dla tej rozmowy, przeprowadzonej tuż po nawałnicy jaka przeszła we wtorek przez Wrocław.

- Trochę martwiące warunki pogodowe. Ale może skoro padało tak mocno dzisiaj, to od czwartku do soboty pogoda będzie lepsza. Pewnie liczysz na to szczególnie mocno.

Mnie martwi tylko, że podobno ma być zimno: niby 19 stopni w dzień, ale w nocy tylko 6 – pytanie jak szybko będzie spadać temperatura. Wiem, że organizatorzy nawet zastanawiają się jak ewentualnie ogrzać szklany kort, bo przy tej nocnej temperaturze, to może być katastrofa. Wiem co mówię, bo przeżyłam to rok temu podczas finału Mistrzostw Polski w Poznaniu.

- Miałem zapytać o to później, ale skoro pojawiło się od razu…. Rozpamiętujesz jeszcze tamten finał?

Nie, nie rozpamiętuję: „było, minęło i mam nadzieję, że nie wróci”. Rozpamiętywałam bezpośrednio po, ale chyba bardziej niż na samą porażkę byłam wściekła na to, że przez warunki ten squash był tak słaby dla widzów. To była frustracja, a nie gra. Ale z tamtego wydarzenia zostało tylko złe wspomnienie. No i nauczka: jeśli teraz ktoś zaproponuje mi granie przy takiej temperaturze, to na pewno się nie zgodzę.

- Jak przepracowałaś ten rok? Co się zmieniło?

Na turniejach kat. A prezentowałam się bardzo dobrze: wygrałam prawie każdy, w którym brałam udział i wszystko układało się tak, jak chciałam, aż do kwietnia. Na zgrupowaniu w Szczyrku okazało się, że mam mononukleozę czyli takiego wirusa, który rozwala ci wątrobę, węzły chłonne, śledzionę… Tydzień spędziłam w szpitalu i przez miesiąc byłam totalnie wykluczona z uprawiania sportu. To oczywiście zepsuło wszystko, bo na pełnych obrotach trenuję teraz dopiero od 2 tygodni.

- Ale udało ci się z tego wyjść? Jesteś teraz w 100% dyspozycji fizycznej?

Tak i zrobiłam to nawet szybko, bo niektórzy męczą się z tym wirusem przez np. 3 miesiące. Fizycznie jest już prawie normalnie, ale nieco nadal brakuje. W 100% wróciła mi za to dokładność, czucie rakiety i kortu. Ogólnie nie jest więc najgorzej. Zobaczymy jak pójdzie na IMP; losowanie mam w każdym razie najgorsze z możliwych… Ale trudno, jeśli chce się wygrać Mistrzostwo i tak trzeba przecież wygrać ze wszystkimi.

- Będę czepialski. Powiedziałaś, że „jeśli chce się wygrać Mistrzostwo…” – ty chcesz to zrobić?

A kto nie chce go wygrać?

Nie wiem, ale wiem, że jest wiele osób, które boją się to powiedzieć wprost.

Ja nie mam z tym problemu: chciałabym wygrać to Mistrzostwo. Mam dosyć duży niedosyt po zeszłym roku i tak, chciałabym w tym roku wygrać.

- Niedosyt tylko po zeszłym roku czy też po wcześniejszych latach? Przed ubiegłorocznym drugim miejscem przecież trzy razy musiałaś się zadowolić brązowym medalem.

Ale dopiero w zeszłym roku czułam się gotowa, żeby to wygrać. Czułam, że dogoniłam dziewczyny i że gramy naprawdę równo. We wcześniejszych latach natomiast czułam, że były lepsze więc uważam, że moje trzecie miejsca były po prostu sprawiedliwe.

- Fakt rozgrywania turnieju we Wrocławiu będzie ci bardziej pomagał czy przeszkadzał? Z jednej strony możesz liczyć na wsparcie miejscowych kibiców, ale musisz też pewnie liczyć się z ich presją oczekiwań.

Kiedy już wejdę na kort, to, co dzieje się dookoła nie będzie miało znaczenia. Ale przed Mistrzostwami? Muszę przyznać, że rzeczywiście czuję tę presję. Tak czy inaczej bardzo się cieszę, że to Wrocław organizuje IMP. Właśnie dlatego, że moi kibice zobaczą mnie na żywo i… mam nadzieję, wspomogą!

- Wsparcia (jako prawdopodobnie jedyna osoba poza Marcinem Karwowskim) możesz potrzebować już w pierwszej rundzie turnieju, gdzie grasz z młodziutką Kariną Tymą. Dla wielu to czarny koń turnieju. Znacie się pewnie nieźle, bo grałyście w jednej drużynie na DMP, a później na Drużynowych Klubowych Mistrzostwach Europy…

Tak i Karina już wtedy grała bardzo dobrze (w Krakowie pokonała przecież Paulinę Krzywicką). Wygrywałam z nią, ale teraz minął prawie rok i trochę nie wiem czego się po niej spodziewać. 12 miesięcy to dużo, szczególnie u zawodnika, który dopiero rośnie. Wiem, że to będzie bardzo trudny mecz na początek – poza tym rano nigdy nie gra mi się najlepiej – ale dam z siebie wszystko.

- A powiedz, czy „bolała” cię dyskusyjna kwestia rozstawień w turnieju damskim? To, że Anna Jurkun z rankingiem WSA niższym niż ten określony w przepisach PFS jako ‘dający specjalne przywileje’ i tak została rozstawiona z dwójką?

Szczerze mówiąc, z początku trochę tak. Później to sobie poukładałam, uznając, jak mówiłam wcześniej, że chcąc wygrać tytuł trzeba wygrać z każdym, a nie liczyć na przychylność losu. Dziwi mnie, że WSA uparło się na te rozstawienia skoro nawet PSA dało spokój. Teraz nie ma już co tego rozstrząsać, ale dobrze byłoby to uregulować na przyszłość. Nie chcemy chyba doprowadzić do sytuacji, w której ktoś stwierdzi, że zamiast jeździć na 8 turniejów A w polskim sezonie, bardziej opłaca mu się pojechać na dwa turnieje WSA i dostać automatyczne rozstawienie? Te przepisy wypadałoby zaostrzyć.

- No dobrze. Zaczęliśmy od najbardziej aktualnych wydarzeń, teraz zróbmy mały skok w przeszłość: czy pamiętasz jeszcze swoje pierwsze Mistrzostwa Polski?

Tak, to był 2009 rok i skończyłam je na piątym miejscu. Pojechałam na nie w ostatniej chwili, martwiąc się, że mogę się nie dostać, bo nie grywałam wtedy zbyt często w turniejach. Szło dobrze aż zatrzymałam się na Ani Sikorskiej – zawodniczce, która długo była trzecią rakietą w Polsce. Nawet powalczyłem, sety przegrywałam na przewagi lub do 9. To było budujące. Rok później udało mi się już zdobyć trzecie miejsce na IMP.

- Ok i na koniec, to o co większość pyta na początku: czemu złapałaś za rakietkę do squasha? Przy okazji innych sportów rakietkowych, które już uprawiałaś?

Zaczęło się od racketlona. Jeszcze mieszkając w Bogatyni miałam kolegów, którzy wymyślili sobie, że skoro grają w badmintona, tenisa stołowego i tenisa ziemnego, to pojedziemy sobie na Mistrzostwa Polski. To był chyba 2006 rok. Przy okazji musieliśmy też zacząć grać w squasha i to była katastrofa; niczym mnie ten sport nie zafascynował. Trochę źle zaczęliśmy, bo od razu profesjonalnymi rakietami z małą główką i piłką z dwoma kropkami. Stwierdziliśmy, że nie będziemy się zniżać do jakiś czerwonych kropek… Piłka prawie się nie odbijała i moje pierwsze wrażenia były fatalne.

- A jednak squash cię przekonał.

Zaczęliśmy jeździć na te turnieje, ludzie zaczęli nam coś pokazywać. Pamiętam nawet taką sytuację, kiedy na Mistrzostwach Polski w racketlonie była też Dominika Witkowska i postanowiła nauczyć nas… boasta. Wyobrażasz sobie? Wszyscy zrobiliśmy wielkie oczy. Byliśmy zafascynowani: „boast, wow, jak to, od ściany?!”. Potem ta miłość do squasha powoli i w bólach się jakoś się rozwinęła.

- Jak jest z tym uczuciem teraz? Myślisz, że przetrwa?

Nie planuję rozwodu. Myślę, że squash zostanie w moim serduszku na pierwszym miejscu. Chociaż… myślę też trochę o spróbowaniu golfa. Ale to dopiero na starość: kiedy już nie będę mogła chodzić i biegać, będę grać w golfa. To mój plan, ale mam nadzieję, że do zrealizowania najwcześniej za 40 lat.

(Rozmawiał Adrian Fulneczek)