Karwowski: Nie czuję presji

Wywiad z numerem trzy turnieju open.

Marcin Karwowski do Wrocławia przyjedzie w roli obrońcy mistrzowskiego tytułu. W krótkiej rozmowie opowiada o presji i jej braku, squashowym rozwoju, sędziowaniu i rywalizacji z Wojtkiem Nowiszem.

23-letni zawodnik już dwa razy stawał na najwyższym stopniu podium Mistrzostw Polski seniorów. Jest też czterokrotnym Mistrzem Polski juniorów. Czy w stolicy Dolnego Śląska ustrzeli mistrzowkiego hattricka?

- Zacznijmy może od samego początku i sytuacji, w której pierwszy raz spróbowałeś zagrać w squasha.

Pierwszy raz grałem w lipcu 2004 (niedługo będziemy mieli 10. rocznicę), w hotelu Belvedere w Zakopanym. Pojechałem tam z tatą pochodzić po górach. Trenowaliśmy wtedy też ze sobą tenisa stołowego i pewnego dnia, zamiast na salce fitness, stół rozstawiono nam na korcie do squasha. To musiało zadziałać na naszą wyobraźnię, bo po kilku dniach sami postanowiliśmy spróbować squasha.

- Zaledwie 3 lata później zdobyłeś swoje pierwsze juniorkie Mistrzostwo Polski. Szybki rozwój?

Wtedy nie było to takie trudne: to był dobry moment na szybkie osiągnięcie sukcesów, konkurencja nie była duża – o ile pamiętam te Mistrzostwa rozgrywały się w niepełnej drabince na 16 osób, bez podziału na kategorie wiekowe. Nie ma w ogóle porównania do dziś, gdzie w samej kategorii BU11 jest prawie 32 osoby. Dużo się od tamtego czasu zmieniło.

- Czyli nie spędziłeś tych 3 lat na codziennych treningach?

Nie było tak, że z dnia na dzień stwierdziłem, że będzie to moje życie. Najpierw wraz z tatą grywaliśmy rekreacyjnie, zupełnie amatorsko. Trafiliśmy w końcu do Kahuny, gdzie postanowiliśmy wziąć sobie instruktora (był nim – po dziś dzień tam uczący – Maciek Górski). Poważniejsze podejście do squasha pojawiło się u mnie dopiero po tym pierwszym Mistrzostwie, kiedy okazało się, że to ma jakiś sens i może do czegoś prowadzić.

- Rok po tym juniorskim tytule byłeś 11 wśród seniorów, a dwa lata później, w 2009 roku, zdobyłeś swój pierwszy medal IMP: brąz wygrany w meczu z Maćkiem Maciantowiczem.

Powód taki sam jak w przypadku tytułu juniorskiego. Większość zawodników w ówczesnej czołówce, to byli gracze starsi ode mnie i nawet jeśli się rozwijali, to na pewno wolniej niż ja: miałem wtedy do tego najlepsze warunki. Stąd tak szybki awans.

- W finale zagrali wtedy (pasujący do opisu) Marcin Kozik i (niekoniecznie) Wojtek Nowisz.

Wojtek zaczął bodajże rok wcześniej niż ja. On też bardzo szybko doszedł do takiego najwyższego polskiego poziomu: też wykorzystał dobry moment, swoją szansę i myślę, że u niego postępowało to nawet szybciej niż u mnie, bo był starszy, sprawniejszy i silniejszy fizycznie. (To zresztą do dzisiaj tak jest: atut wytrzymałości jest zawsze po jego stronie). Musiałem go później długo gonić. Na początku był zresztą moim trenerem.

- Kiedy dokładniej zaczął cię trenować?

Zamienił Maćka Górskiego zaraz po moim (juniorskim) Mistrzostwie Polski w 2007 roku. Nie pamiętam ile to trwało, ale kiedy byliśmy już na podobnym poziomie, to po prostu zamieniło się we wspólne granie sparingów.

- To ciekawe, bo w jakimś stopniu ukształtował cię zawodnik, z którym przecież później we dwójkę zdominowaliście kolejne kilka Mistrzostw Polski. 2010 wygrał Nowisz, ty byłeś drugi. 2011 ty wygrałeś, Nowisz był drugi. Tak samo w 2013 roku.

Rzeczywiście, jest to pewien paradoks. Zdaje mi się, że kiedy Wojtek mnie uczył, wyjeżdżał trenować do Anglii. Interesował się nowinkami, sposobami treningu, których nikt inny w Polsce nie wprowadzał. Ja na tym skorzystałem. Czasami żartuję, że z niektórych porad skorzystałem w nawet większym stopniu niż on, bo np. dany element opanowałem lepiej.
Wojtek od początku miał też dostęp do najlepszej wiedzy, bo trenował z Thomasem Hrazskym. Później przekazywał tę wiedzę mi.

- A czy w związku z tą rywalizacją jest może tak, że w życiu prywatnym bardzo się nie lubicie?

Nie, wręcz przeciwnie, jesteśmy bardzo dobrymi kolegami. Jego lub moje zwycięstwa nigdy nie miały wpływu na nasze prywatne relacje. Grywamy ze sobą, na zgrupowaniach kadry trzymamy się razem. W kadrze w całym gronie jest zresztą taka przyjacielska relacja i nigdy nie pojawiały się tam jakieś nieprzyjemne sytuacje związane z wydarzeniami na korcie. Wiadomo, że podczas meczu bywa różnie; nawet w meczach PSA zawodnicy często skaczą sobie do gardeł, a później okazuje się, że sobą najlepszymi kolegami. Po prostu dobrze rozdzielają te dwie sfery.

- „Wszystko co dzieje się na korcie, zostaje na korcie”?

Tak jest. Wyznaję i jak najbardziej popieram tę zasadę.

Wspomniałeś o kadrze. Do reprezentacyjnego grona dołączył niedawno Julian Kischel, zawodnik, którego wylosowałeś już w 1. rundzie IMP 2014.

Miałem okazję go poobserwować w Zagrzebiu więc nie będzie dla mnie zupełną niewiadomą (wtedy jest trudniej), wiem czego się spodziewać. Na pewno nie będzie to dla mnie mecz łatwy. To dosyć agresywnie grający zawodnik: jeśli danego dnia wchodzą mu te piłki, to wtedy naprawdę trudno go ograć. Nawet trochę się cieszę z takiego losowania: pierwsze rundy są zawsze dosyć leniwe, ale jeżeli pierwszy mecz jest na dobrym poziomie, to pozwala fajnie wejść w turniej. Dużo łatwiej gra się dzięki temu w kolejnych rundach.

- Co do kolejnych rund, jeśli uda ci się dotrzeć do półfinału, to w półfinale będziesz miał szansę na kolejne spotkanie ze wspominanym tutaj już kilka razy Wojtkiem Nowiszem.

Mogłem trafić na dół drabinki do Wojtka lub na górę do Łukasza Stachowkiego. Uważam, że nie ma między nimi teraz żadnej różnicy – raz wygrywa jeden, raz drugi – więc nie miałem preferencji, co do strony drabinki. Mam więc przede wszystkim nadzieję, że nie zaliczymy wcześniej wpadki, że obaj dojdziemy do tego półfinału i zagramy ze sobą.

- Stawiasz sobie przed Mistrzostwami jakiś konkretny cel? Nastawiasz się tak, że nie interesuje cię nic poza złotym medalem? Jesteś przecież obrońcą tytułu więc ciąży na tobie też dodatkowa presja. O ile w ogóle ją czujesz…

No właśnie… niezbyt. Przez rok od IMP 2013 wiele się zmieniło: w tym sezonie opuściłem sporo turniejów m.in. z powodu pisania pracy inżynierskiej, później z powodu choroby. Ten sezon należał w związku z tym do innych osób, do Łukasza Stachowskiego, Wojtka , Przemka Atrasa, Mateusza Kotry. Wydaje mi się, że to na nich jest największa presja. Szczególnie na Łukaszu, który wskoczył ostatnio na pierwsze miejsce w rankingu, miał bardzo dobre wyniki w turniejach kat. A i w oczach większości to on jest faworytem. Ja, bez tej dodatkowej presji, jako cel wyznaczam sobie pierwsze miejsce.

– Na koniec, zupełnie z innej beczki. Może nie wszyscy wiedzą, że poza grą w squasha zajmujesz się również… sędziowaniem (prowadziłeś m.in. mecze Mistrzostw Świata Juniorów we Wrocławiu). Czy to jakoś zmienia twoje zachowanie na korcie? Pomaga przyjąć decyzję, z którą się nie zgadzasz z większą pokorą?

Tak, to wpływa na zachowanie na korcie: im więcej sędziuję i interesuję się tą stroną gry, to jestem bardziej wyrozumiały wobec sędziów. Rozumiem też, że są pewne procedury, które oni muszą wypełnić, nawet jeśli nie podoba się to zawodnikom. Takim przykładem jest finał IMP 2011, gdzie grałem z Wojtkiem. W piątym secie miałem dosyć mocne skurcze w obu nogach (właściwie nie mogłem ich wyprostować), ale sędziujący spotkanie Tomasz Banasiak nakazał mi grać dalej, co oczywiście mi się nie spodobało, bo uważałem, że jestem bardzo kontuzjowany. Z przepisów jasno jednak wynika, że grę trzeba kontynuować albo oddać seta. Teraz, kiedy wiem na ten temat troszkę więcej, to rozumiem tę decyzję i ją szanuję. Poza tym, udało mi się wtedy wygrać: skurcze złapały mnie, kiedy graliśmy na przewagi i jakoś „doczłapałem” do końca.

(Rozmawiał Adrian Fulneczek)