Nowisz: Kiedyś wystarczyło biegać

Turniejowa jedynka w wywiadzie przed swoim półfinałem.

Wojtek Nowisz, prawdopodobnie najbardziej znany polski zawodnik, opowiada nam o wychowywaniu sobie rywali, dominowaniu i swojej przewadze fizycznej nad pozostałymi zawodnikami.

Po trzech Mistrzostwach Polski z rzędu, Nowisz kończył kolejne trzy ze srebrnym medalem. Czy przerwie tą passę we Wrocławiu?

– Zaczynałeś w 2003 roku jako 17-latek, na chwilę przed otwarciem klubu Kahuna.


Zawsze byłem związany ze sportem. Trenowałem różne dyscypliny, ale nigdy nie poświęciłem się jednej tak, jak squashowi. Windsurfing, narty, snowboard, piłka nożna…. Trochę tego było. Nagle, 20 metrów od domu pojawił mi się klub squashowy i to jeszcze zbudowany przez moich rodziców, dzięki czemu mogłem grać tam za darmo. Ciężko byłoby w takiej sytuacji NIE zacząć grać w squasha.

- Szybko doszedłeś do wysokiego poziomu?

Na korcie spędzałempo jakimś czasie praktycznie każdy dzień. Pierwsze squashowe kroki pomagali mi stawiać Michał Dobrowolski, a później Thomas Hrazsky. Zaczęły przychodzić wyniki, a z nimi – wiadomo – coraz większa frajda.

- Jest sporo osób, które lubią grać i mają z tego frajdę, ale oni są np. 400 w rankingu PFS. Ty już trzy lata później byłeś już piąty na IMP.

U mnie to było też sporo włożonej pracy; na tamten czas mało kto trenował tyle co ja. Stopniowo, w 2006 roku zdarzało mi się już męczyć tych najlepszych, wiedziałem, że jestem blisko. W następnym roku prawie miałem podium, ale niestety przegrałem z Maćkiem Maciantowiczem. Może akurat dobrze, że tak się stało i szedłem stopniowo do przodu. W 2008 roku wygrywałem już z większością graczy, rzadko zdarzały mi się porażki i przez kolejne trzy lata dominowałem w Polsce. Czekałem aż dogonią mnie młodsi.

- Młodsz-y! Jeden konkretny.

No tak, jeden: Marcin Karwowski, który – jak wspominał w wywiadzie przed IMP – trenował ze mną.

- Właśnie. Jak to się mówi w naszym języku: wychowałeś sobie żmiję na własnej piersi. Nie żałujesz?

Po części mogę tak powiedzieć. Ale cieszę się, że tak się stało, że Marcin się pojawił, bo to zmotywowało mnie do dalszego rozwoju. W Polsce wygrywałem wtedy ze wszystkimi (za granicę nie jeździłem wtedy jeszcze zbyt często) i pewnie w którymś momencie trochę osiadłem na laurach, zacząłem się obijać. Aż wreszcie przyszedł moment, że – po bardzo zaciętym meczu – przegrałem.

- No właśnie. Po trzech Mistrzostwach z rzędu przyszedł nagle okres trzech drugich miejsc z rzędu. To wciąż bardzo dobry wynik, ale wygląda też trochę tak, jakbyś najlepszy czas miał już za sobą. Planujesz tak to zostawić?

Zdecydowanie nie mam zamiaru tego tak zostawić. Chciałbym zdobyć Mistrzostwo Polski jeszcze przynajmniej jeden raz, to mnie motywuje i sprawia, że nadal nie odłożyłem rakiety. Andrzej Wierzba ma cztery tytuły Mistrza: mam w planach najpierw wyrównać, a później pobić ten wynik. Zobaczymy, mam nadzieję, że się uda.

- Na drodze do wyrównania tego wyniku we Wrocławiu, stanie ci najprawdopodobniej Marcin Karwowski.

Ta wizja półfinału z Marcinem Karwowskim jest ze mną od momentu losowania, ale nie męczy mnie. „Żeby wygać, trzeba wygrać ze wszystkimi”, nie ma co narzekać na losowanie. Szkoda, że nie możemy spotkać się w finale, ale myślę, że walka i tutaj będzie dobra. Po ostatnich sparingach czuję się dosyć pewnie.

- W wywiadzie, o którym wspominałeś, Marcin przyznał, że zawsze byłeś i nadal jesteś graczem lepszym fizycznie. To twoja najsilniejsza strona?

To na pewno jest mój konik. Na zgrupowaniach kadry, w testach wydolnościowych, to ja wypadam najlepiej więc prawdopodobnie fizycznie jestem najsilniejszy z czołówki. Wytrzymałość od zawsze była moją najsilniejszą stroną. Żartujemy nawet, że kiedyś wystarczyło po prostu dużo biegać i odbijać piłkę, a zdobywało się Mistrzostwo Polski. Taka trochę była prawda, że nie musiałem tą rakietką nic szczególnego robić, ale teraz na pewno wiele się zmieniło. Sam mocno pracuję nad swoimi umiejętnościami „rakietkowymi”.

- Czyli o to, że wytrzymasz turniej nie musimy się martwić. Jak ułożyła ci się drabinka?

W trzeciej rundzie gram z Adamem Pełczyńskim. Myślę, że to jeszcze nie jest ten moment kiedy ci młodsi spiszą mnie na straty. Jeszcze się nie dam. Później najprawdopodobniej zagram z moim wieloletnim, do niedawna właściwie codziennym sparingpartnerem, Kamilem Dominiakiem (rozmowę przeprowadzaliśmy w czwartek, przed meczem Wasilewski-Dominiak, w którym wygrał ten pierwszy – przyp.AF).

- Ostatnio macie mniej czasu na trenowanie, bo Kamil wrócił do Poznania, a w drugą stronę, w ramach wymiany, powędrował Łukasz Stachowski.

Prawie rok trenujemy razem i wygląda na to, że wychowałem sobie kolejnego konkurenta. Ale to dobrze, bo przy okazji podnosi się poziom polskiego squasha i ja mam nową motywację do podnoszenia swojego poziomu.

- No dobrze, ale może zacznij przynajmniej trenować z kimś, kto nie będzie mógł później zagrać na IMP. Ktoś bez polskiego obywatelstwa, Czech, Francuz…?

Łukasz przepadł rok temu w ćwierćfinałach Mistrzostw Polski, ale teraz zrobił bardzo duży postęp, co widać po jego wynikach. Razem przygotowywaliśmy się do sezonu; Łukasz poznał trochę moich metod treningowych i myślę, że to pomogło mu wzmocnić się fizycznie, co było jego słabą stroną w zeszłym roku. Jest coraz lepszy. Tutaj najwcześniej możemy spotkać się w finale, co też byłoby miłe: dwóch, trenujących ze sobą na co dzień zawodników/trenerów klubu Kahuna. Nie mam nic przeciwko.

- Ale faworytów jest w tym roku podobno co najmniej 5.

Każdemu z nas zdarzały się w tym roku porażki. Nie można skreślić żadnego z tych pięciu graczy, każdy z nich ma szansę na to Mistrzostwo. Przekonamy się po prostu kto przygotował się lepiej do imprezy.

- No tak, chociaż tobie i Marcinowi Karwowskiemu nadal nie zdarzają się porażki z Przemkiem Atrasem (na co sam zwrócił uwagę więc z ciekawości pytam).

Przemek gra w dosyć specyficzny sposób i to determinuje wyniki między nami. Jestem zawsze w stanie przyspieszyć grę na tyle, że on nie wytrzymuje tych meczów. Ale w meczu z innymi zawodnikami potrafi nadrobić to swoją precyzją uderzeń. To jego silna strona, ale działa do pewnego momentu. Ja i Marcin jesteśmy troszeczkę ponad tym momentem i dlatego sobie radzimy. Myślę, że tak pozostanie. No chyba, że Przemek nagle zacznie mocno pracować nad swoją kondycją.

- Może niech przeprowadzi się do Warszawy. Zawsze może się zamienić z Łukaszem Stachowskim. Jeden do stolicy, drugi do Krakowa.

No wiesz, ma w Krakowie żonę, dziecko…

- Może akurat żona dostanie tam pracę albo dziecko nie będzie mogło znaleźć przedszkola w Krakowie… Nigdy nie wiadomo! A skoro o niewiadomych mowa: jest w twoim przypadku taka rzecz, hobby, zainteresowanie, o którym mało osób wie?

Jeśli chodzi o hobby, zainteresowania… jestem właściwie cały czas związany ze sportami. Kiedy nie gram w squasha, to odpoczywam od niego uprawiając inne sporty. Ostatnio „zajawką” jest wakeboard, bo niedaleko pootwierały się wyciągi, mam znajomych, którzy się wkręcili… To zupełnie coś innego i ciekawa odskocznia.

- Na koniec, jeszcze do tematów wrocławskich. W czwartek musieliśmy zrezygnować z meczów na szklance. Chciałbyś na niej zagrać w następnych dniach?

Tak, ale tylko przy odpowiedniej temperaturze. Kiedy jest za zimno, „szklanka” wypacza samą grę. Pomijając problemy zawodników, mecze są też mniej przyjemne dla oka widzów, szarpane i z krókimi wymianami. Rok temu w finale IMP, po tym, jak na zaczął padać deszcz i wywinąłem niezłego orła, zdecydowaliśmy, że to nie ma sensu i wróciliśmy do klubu. To była rozsądna decyzja. Kiedyś w ogóle nie lubiłem grać na szklanych kortach, ale już się przyzwyczaiłem. Po tylu latach spędzonych na kortach – w różnych temperaturach, wilgotnościach i na różnych wysokościach – przystosowuję się do panujących warunków o wiele szybciej i łatwiej.

A skoro o latach mowa. Jak długo planujesz nabijać sobie ilości występów w Mistrzostwach Polski? Do 40-stki? Dłużej?

Kiedy ja zaczynałem grać, to była epoka Marcina Leszewicza, Maćka Chądzyńskiego i Andrzeja Wierzby. Większość dzisiejszych zawodników pewnie nawet nie kojarzy kim oni są. Mam nadzieję, że jeszcze kilka tych pokoleń uda mi się przetrwać. Moja praca jest ogólnie związana z klubem squasha więc myślę, że długo będę w tym środowisku. A ile będę jeszcze aktywnym zawodnikiem? Nie wiem. Przy squashu jednak na pewno zostanę. Śmiałem się nawet ostatnio z Marcinem Karwowskim, że będziemy po zakończeniu karier będziemy działaczami w Polskiej Federacji Squasha. Takimi PZPN-owskimi, typu leśny dziadek z wąsami.

(Rozmawiał Adrian Fulneczek)